250 rocznica Konfederacji Barskiej

Bronisław MJ Kamiński                                 

            29 lutego 1768 r. w małej mieścinie Bar na Podolu zawiązała się konfederacja patriotyczna dla ratowania suwerenności Rzeczypospolitej, wyzwolenia kraju spod narastającego protektoratu rosyjskiego i ożywienia ducha narodowego po zapaści w czasach saskich. Ażeby lepiej zrozumieć, to co się wtedy działo trzeba odnieść się do tamtych czasów według współczesnych problemów i wypowiedzieć je dzisiejszym językiem. Historia się nie powtarza, jednakże pewne sytuacje – w swoich wewnętrznych mechanizmach – bywają podobne. Otóż Konfederacja Barska z lat 1768 – 1772 przypomina naszą „Solidarność” z roku 1980 i z następnych lat walki, pod tym między innymi względem, że oba te wydarzenia były ruchami odrodzenia narodowego, a jej duchowy przywódca Ksiądz Marek przypomina trochę ks. Jerzego Popiełuszkę. Rozmodlone oddziały Konfederatów, z symbolami maryjnymi były jakby wzorem dla Solidarnościowców, a  Lech Wałęsa z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej w klapie marynarki przypominał wąsatego szlachcica-konfederata, choć Wałęsa nie miał w ręku pistoletu skałkowego i szabli. Także odwaga prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Gruzji mieściła się kanonie męstwa tych wielkich konfederatów. Te podobieństwa mogły mieć znaczenie dla Sejmu z większością pisowską, gdyż w dniu 8 czerwca 2017 r. Sejm podjął uchwałę, że rok 2018 będzie Rokiem Konfederacji Barskiej.

Wiedza o  Konfederacji Barskiej jest w naszym społeczeństwie bardzo skromna. Wiemy, że był to ruch szlachecki, natomiast Solidarność była robotnicza. Jeszcze mniej wiemy, że w ciągu czterech lat swojej walki Konfederacja Barska przechodziła ewolucję w stronę egalitaryzmu: panom-braciom coraz częściej i coraz liczniej towarzyszyli mieszczanie i chłopi. W Solidarności – zrazu egalitarnej – poszło potem w stronę rozwarstwienia: transformacja i prywatyzacja wyzwoliła klimaty burżuazyjne, które niebawem przylgnęły do Platformy. W drugiej nodze tego wielkiego ruchu zaczęto przebąkiwać o lepszym i gorszym sorcie, a nawet o jakichś nowych panach. Jeszcze raz pokazało się, że wolność jest chlebem postnym, bardzo smacznym w niedostatku, ale gdy jest już czym posmarować, to wtedy ma różne smaki, także i gorzki. Czy przywódca tego ruchu w tamtym czasie jego powstawania i Dziesięciu Milionów wiedział coś o Konfederacji Barskiej, że tak się upodobnił? W szkolnych podręcznikach  historii nie wiele było informacji o tej Konfederacji; pisano, że była antyrosyjska i katolicka, wiązano ją z sarmackim konserwatyzmem, anarchizmem i nietolerowaniem innych religii od katolickiej. Ponownie więc zadajmy sobie pytanie, to skąd taka religijność w zachowaniach Solidarności i Lecha Wałęsy, przypominająca Konfederatów Barskich? Odpowiedzi możemy poszukiwać w ciągłości tradycji politycznych narodu, kultury duchowej, oraz pewnej sile religii jako sprawy wspólnotowej. To że coś zostało przytłumione w przekazach książkowych i szkolnych jeszcze nie oznacza, że tego już nie ma i nie będzie. Dziedzictwo narodowe ma swoje linie przesyłowe.

a-okol-Baru_resize

Okolice Baru

I. Rzeczpospolita Obojga Narodów

            Rzeczpospolita Szlachecka rozkwitła w XVI wieku, szczególnie po unii z Litwą (w Lublinie) w 1569 r. Gdyby 400 lat temu – na przykład około 1618 roku – była Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ), to Polska byłaby jednym z największych mocarstw światowych. Czyżby? – A jednak, tak! Za Władysława IV, gdy w Europie wygasała wojna trzydziestoletnia, miała Rzeczpospolita ponad 900.000 km kwadratowych i 11 mln ludności. Obszarowo przewyższała Niemcy, także Francję i Anglię, a potencjałem ludnościowym niemal zrównała się z Niemcami, które akurat doznały poważnych strat w czasie 30 lat trwającej wojny. Także wobec drugiego sąsiada, jakim była Moskwa nasz potencjał ludnościowy był nie wiele mniejszy. Znaczenie potencjału ludnościowego w dziejach przedstawia obszernie prof. Stefan Kurowski w swojej książce „Ludność w historii i polityce”. Pierwsza połowa XVII wieku wyglądała na szczęśliwe czasy dla Polski. Dynamika demograficzna i zdolność do współdziałania przekładały się na prężność militarną, miał kto bronić naszego kraju, a nawet iść i zdobywać nowe tereny. Symbolem mocy wojskowej była bitwa pod Kłuszynem (na zachód od Moskwy) w 1609 r. , gdy 6000 żołnierzy litewsko-koronnych pod wodzą hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego rozgromiło połączone siły moskiewsko-szwedzkie liczące ponad 30.000 żołnierzy. Rzeczpospolita była wtedy supermocarstwem.

Jak wtedy nazywało się nasze państwo i kim byliśmy? Oficjalna nazwa naszego państwa w języku łacińskim brzmiała: Regnum Poloniae Magnusque Ducatus Lithuaniae. Po polsku: Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie. Po litewsku pisało się: Lenkijos Karalijste ir Lietuvos Didżioji Kunigaikstyste. Między naszymi językami niemal przepaść, ale w życiu, znacznie bliżej. Po unii lubelskiej w 1569 r. stosowano nazwę oficjalną Res Publica Utriusque Nationis, czyli Rzeczpospolita Obojga Narodów. Jednym z dwóch członów tych Obojga Narodów była  Korona z ziemiami ukraińskimi, to znaczy Polska, a drugą Wielkie Księstwo Litewskie, czyli Litwa z ziemiami białoruskimi. W naszym narodzie mówiono Najjaśniejsza Rzeczpospolita lub zwyczajnie Polska. Stolica tego wielkiego państwa była w Krakowie, potem w Warszawie. Wspólny był król, sejm, senat, wspólne były sprawy zagraniczne i obrony. Wspólną własnością były także Inflanty, jako ziemie przyłączone do Rzeczypospolitej w charakterze Kondominium Korony i Litwy. Przed sejmem walnym posłowie i senatorowie Litwy zbierali się na Sejmik Generalny Wielkiego Księstwa Litewskiego w Wołkowysku lub w Słonimiu i radzili nad swoimi sprawami, zanim poszli na sejm. Po unii lubelskiej sejm liczył 170 posłów, w tym było 48 posłów z Litwy. W senacie (dawnej radzie królewskiej) głosowania nie było, senatorowie kolejno wypowiadali swoje poglądy (zdanie, votum) i na tej podstawie król lub w imieniu króla kanclerz formułował opinię generalną, tak zwaną konkluzję. Konkluzja królewska nie musiała opierać się na jednomyślności. Takich wojen religijnych, jak to co się działo w wojnie trzydziestoletniej Rzeczpospolita nie znała. Była państwem wielonarodowym o tendencjach integracyjnych. Co za piękne państwo! Już wtedy uczyliśmy się Unii Europejskiej!

Te wielkie wspólne instytucje zapewne nie wystarczyłyby, gdyby nie było jeszcze innych wartości i więzi. Federacje są strukturami bardzo delikatnymi, wymagają od ojców założycieli, a potem synów, córek i wnuków wysokiej kultury, zdolności do kompromisu i współdziałania, dochowywania wierności  przyjętych zasad, poczucia godności z nieco wyciszoną pewnością siebie, wystrzegania się pychy i pogardy. Choćby z tej przyczyny nie akcentujmy zbyt mocno polskości tego wielkiego państwa, by nie urazić Litwinów, bez których zaufania nie byłoby takiej Rzeczpospolitej. Aby taka struktura mogła funkcjonować musiała istnieć – pod jakimś względem – wspólnota polityczna. Tym czynnikiem cementującym wspólnotę polsko-litewską był tzw. naród szlachecki. Na ten element, jako fundamentalny zwrócili uwagę autorzy „Historii państwa i prawa polskiego” Juliusz Bardach, Bogusław Leśnodorski, Michał Pietrzak. Idea narodu szlacheckiego łączyła całą szlachtę bez względu na narodowość, a z wyłączeniem poza naród  mieszczan i chłopów. Taki model demokracji szlacheckiej integrował i – dzięki temu – w takiej grze interesów mogły funkcjonować rozwiązania kompromisowe.

II. Czynniki rozkładu

Pojawiły się jednak wewnętrzne i zewnętrzne czynniki destabilizujące. Ks. Jan Twardowski podpatrując życie powiedział, że „W życiu musi być dobrze i nie dobrze. Bo jak jest tylko dobrze, to jest niedobrze”. Zdawało się, że za długo było dobrze, czyli to samo bez zmian. W mentalności szlachty tkwił naturalny konserwatyzm. Szlachcic był rolnikiem, a który rolnik kocha niespodzianki i nowości? Ma być słońce, deszcz, znowu słońce, orka, zasiew, zebranie plonów, wszystko podług naturalnego biegu rzeczy,
a nie jakieś nie wiadomo co. Jak nie ma zaskakujących niespodzianek, to jest dobrze. Ale życie społeczne ludzi to nie to samo co uprawa roli, doglądanie zwierząt, zbieranie plonów. Szlachta miała czasami problemy z poddanymi i przez długie pokolenia z tym sobie radziła. Jeśli jakiś poddany chłop za bardzo tęsknił za wolnością, to można go było wybatożyć, lub nawet ściąć mu głowę. Za pozbawienie takiego życia szlachcic zapłacił parę groszy i nadal było…dobrze. Zycie chłopskie nie było w cenie. Jeśli rozgadane mieszczaństwo pchało się na urzędy, to szlacheckie sejmiki i sejmy skutecznie im drogę zamykały, zastrzegając urzędy tylko dla szlachty. I tak też było…dobrze. Nic nowego, tak byłoby najlepiej i ten konserwatyzm pogłębiał się, zrazu mniej zauważalny, potem coraz bardziej. Gdyby jednak udało się komuś  w sejmie forsować jakieś nowinki, to posłowie mieli narzędzie o mocy niemal kosmicznej: liberum veto (wolne – nie pozwalam). Sejm Rzeczypospolitej zbierał się na sesje zwyczajne co dwa lata, na sześć tygodni. Wystarczyło, by któryś z posłów zawołał „wolne – nie pozwalam” wówczas  dalsze obrady przerywano. Traciło moc wszystko, co na tej sesji uchwalono. A mógł to zrobić poseł nie tylko przewrażliwiony na tle zagrożenia dla wolności i interesów szlachty, lecz również za sowitą łapówkę zagraniczną. Po raz pierwszy pojawiło się liberum veto w 1652 (jako niezgoda na przedłużenie obrad powyżej sześciu tygodni) i odtąd  prześladowało Rzeczpospolitą przez 115 lat, aż do 1767 r. A wystarczyło zgodzić się na prezentowanie różnorodnych poglądów w sejmie i głosowanie na zasadzie większości. Wybrano sztuczną zgodę i bezruch, bo tak miało być… dobrze. To, co niekiedy jest dobre na początku, jak na przykład podejście konserwatywne,  staje się mniej dobre lub złe w zmieniających się warunkach życia. Gdybyż w sąsiednich państwach również było tak samo, to pół biedy. Jednak Niemcy zaczęły ożywiać się gospodarczo, demograficznie i militarnie. Po 1648 r., pojawiły się dynamiczne Prusy. Rosja szybko powiększając się zajmowaniem coraz to większych obszarów, zwiększała potencjał ludnościowy i militarny, sytuacja w międzynarodowym układzie sił zmieniała się na niekorzyść Rzeczypospolitej. Akurat, w roku 1648 umierał  Władysław IV, król Polski i Wielki Książę Litewski, który miał także inne znakomite tytuły, jak król Szwecji, i nawet (przynajmniej formalnie) car Rosji. Z tymi tytułami odchodziła cała epoka. W 1648 r. wybuchło powstanie kozackie na Ukrainie wyniszczające Rzeczpospolitą. Po kilku latach ciężkich zmagań napłynęła kolejna fala nieszczęść: w 1655 r. armie szwedzkie wlały się do Polski jak potop i czyniły spustoszenie jakiego dotąd Polska nie znała. Podźwignięcie nastąpiło za czasów  Jana III Sobieskiego, który był królem w latach 1674 – 1696. Rychło okazało się, że była to tylko chwila. Następnym królem Rzeczypospolitej wybrała szlachta Augusta II Sasa, po nim Augusta III Sasa i tak nastały „czasy saskie” na 66 lat, aż do 1763 r. Złoty wiek kultury politycznej  przeminął, Rzeczpospolita weszła w okres pogłębiającej się dezintegracji. W państwach ościennych pojawił się proces odwrotny: ku centralizmowi władzy, absolutyzmowi i agresywności. Gdy kończył się okres saski, po wojnach, klęskach głodu i epidemiach  Rzeczpospolita miała około 6 milionów ludności, a dla porównania w krajach sąsiednich: Rosja liczyła już około 25 milionów, Niemcy ok. 19 milionów, Cesarstwo Habsburgów ok. 20 milionów. Porównanie sił zbrojnych Rzeczypospolitej z sąsiadami w połowie XVIII wieku pokazuje jeszcze gorszy obraz: Rosja miała 350.000 żołnierzy, Austria 280.000, Prusy 200.000, a Rzeczpospolita 24.200 żołnierzy (w tym Korona 18.000 i Litwa 6.200). Już za Sasów nie miał kto bronić naszego państwa. W wojsku służyli ludzie starzy, a  bywało, że na pułk kawalerii przypadał 1 koń (!).

                                    III. Czasy saskie. Obniżenie standardów

Czasy saskie przyniosły także pewne novum, które jak wirus komputerowy przykleja się do późniejszych wydarzeń, a nawet do spraw dzisiejszych. Kandydat do tronu Rzeczypospolitej na elekcji w 1697 r. August elektor z Saksonii pragnąc być królem Polski obiecywał wszystko, co tylko szlachta mogła kupić. Wystąpił z programem pt. „Jak Polskę przekształcić w kraj kwitnący i cieszący się szacunkiem u sąsiadów” i żeby zdobyć koronę przeszedł z luteranizmu na katolicyzm, choć nadal tajnie pozostawał zwierzchnikiem saskich luteranów.  Sukces na elekcji zapewniły mu  banki i pieniądze cara Piotra I. Elekcję wprawdzie przegrał z księciem francuskim Conti, lecz przy bierności kandydata francuskiego potrafił odzyskać zwolenników. Koronacja na Wawelu mogła być ważna tylko wtedy, gdy do koronacji użyto regaliów ze skarbca wawelskiego, a sześć spośród ośmiu kluczy do skarbca mieli senatorowie, zwolennicy księcia Conti. Wyważenie drzwi nie wchodziło w rachubę, bowiem to mogłoby być uznane za świętokradztwo i tym samym koronacja byłaby nie ważna. Ostatecznie zwolennicy Sasa wybili otwór
w ścianie i koronacja odbyła się z …zachowaniem procedur. Jak widać, gdy przestrzeganie przepisów prawa bierze górę nad etosem życia, to znak, że idzie ku śmierci. Nowy król od razu wszedł w układy z carem Piotrem I. Rzeczpospolita został wciągnięta w wyniszczającą wojnę ze Szwecją (Wojna Północna 1700 – 1721) i wojska rosyjskie znalazły się na terytorium Rzeczypospolitej.

Car Piotr I, a po nim caryca Katarzyna II zmierzali do umacniania konserwatywnej i anarchicznej szlachty, pragnącej utrzymać „złotą wolność” z liberum veto, aby w ten sposób sparaliżowana Rzeczypospolita znalazła się całkowicie pod wpływami i protektoratem Rosji. Jako pretekst do mieszania się w sprawy Rzeczypospolitej wykorzystali wewnętrzne polskie problemy religijne i obronę tzw. różnowierców, głównie prawosławnych przed katolicyzmem. Protektorat miał zatwierdzić sejm zwołany w 1767 r., już za Stanisława Poniatowskiego, który został królem w 1764 r. Konsekwentnie realizował tę politykę ambasador rosyjski w Polsce Nikołaj Wasyljewicz Repnin. W 1767 r., mając do dyspozycji rosyjskie oddziały w Polsce w liczbie ok. 40.000 żołnierzy obstawiał wojskiem rosyjskim siedziby sejmików, by na sejm walny zostali wybrani tylko tacy posłowie, którzy te warunki zatwierdzą. W czasie obrad sejmu, cała Warszawa została otoczona przez wojska rosyjskie. Aby nie było żadnych niespodzianek, Repnin nakazał porwanie 14 posłów opozycyjnych, co stało się 20 marca 1767 r., i wywiezienie ich do Rosji. Wśród tych posłów czołową postacią był biskup krakowski Kajetan Sołtyk. Król akceptował działania Repnina. Wydarzenia nabierały tempa. 24 lutego 1768 r. zawarty został traktat z Rosją o wieczystej przyjaźni, gwarancjach granic Rzeczypospolitej i niezmienności ustroju państwa. Gwarantem stała się Rosja. W dwa dni później podpisano traktat o równouprawnieniu innowierców. 27 lutego 1768 r. na posiedzeniu sejmu wystąpił poseł Józef Wybicki, który zaprotestował przeciwko aresztowaniom opozycjonistów i zgłosił liberum veto w stosunku do wszystkich uchwał tego tzw. Sejmu Repninowskiego. Było to ostatnie w historii liberum veto, niestety nieważne, ponieważ na tym sejmie skonfederowanym zasada jednomyślności nie obowiązywała. Wybicki, przynamniej symbolicznie chciał wykorzystać liberum veto w dobrej sprawie. Ten gest jest tym silniejszy w swojej wymowie, że Józef Wybicki stał się potem autorem słów polskiego hymnu narodowego „Jeszcze Polska nie zginęła”. Po tym wystąpieniu ukrył się, nawiązał kontakt z patriotami, którzy gromadzili się w Barze. 29 lutego 1768 r. w odpowiedzi na jawny gwałt, utratę suwerenności, honoru i fundamentalnych wartości narodowych zawiązała się w Barze na Podolu konfederacja patriotyczna, wzywająca naród do walki o niepodległość i obronę wiary. W odezwie konfederaci wołali: „ lepiej żyć przestać, aniżeli patrzeć na nadwyrężenie wiary świętej katolickiej, tudzież widząc oczywistą zgubę Ojczyzny”. Metody repninowskie oraz oportunizm, krótkowzroczność i zdrada sfer politycznych Rzeczypospolitej spowodowały silne wzburzenie i determinację do walki o godność narodową
i  suwerenność państwową. W tej różnorodności etnicznej religia katolicka jednoczyła,  przenosiła działania i nadzieje w nowe obszary, wykraczające poza zaścianki i swoją zagrodę, nadawała walce znaczenie mistyczne. Dzięki Konfederacji Barskiej ten podniosły patriotyzm znalazł się w polskim etosie narodowym, jak m.in. w powstaniach, w legionach, w Armii Krajowej i w „Solidarności”.

IV. Ksiądz Marek i atmosfera tamtych czasów

            Patrioci ciągnęli na Podole, na Bar. Jedni wymykali się z Warszawy, prosto z sejmu, dla niepoznaki w przebraniu lub ukryci w skrzyniach, inni spieszyli końmi z różnych stron Rzeczypospolitej. Bar był wtedy małym grodem obronnym, głównie przed Tatarami, udającymi się tędy na swoje wycieczki po jasyr. Ta skromna mieścina miała wcześniej nazwę „Rów”, leżała bowiem nad rzeką o nazwie Rów, około 100 km na wschód od Kamieńca Podolskiego. Gdy właściciel grodu (Odrowąż) przegrał proces z królową Boną o obrazę, to królowa przejmując miejscowość nadała jej nazwę „Bar” od swojego ukochanego rodzinnego Bari w Italii. Niełatwa była wtedy droga z Warszawy lub z Krakowa w głąb Podola. Chłopstwo ukraińskie – po niedawnych wielkich buntach kozackich – nie było przyjazne podróżującym konno; taki wyglądał na Lacha i katolika, którzy – jak pouczali prawosławni popi – chcą zniszczyć świętą wiarę prawosławną. Caryca Katarzyna II, przy pomocy swojego ambasadora w Warszawie Nikołaja Wasylejewicza Repnina, feldmarszałka i chłodnego dyplomaty, wykorzystywała napięcia religijne do obrony prawosławnych, a nawet ewangelików. W Rosji, katolików traktowano jak piąte koło u wozu. Nie przeszkadzało to caratowi ubierać się w szaty obrońcy wiary wobec swoich poddanych, a dla zagranicznych dworów występować w roli strażnika zasad. Przysyłani z Rosji dostojnicy prawosławni byli zainteresowani głównie osłabianiem kościoła unickiego, wspierali w tym prawosławnych popów. Do takich przysłanych aktywnych dostojników należeli biskup białoruski Jerzy Konisski i ihumen Melchizedek Znaczko-Jaworski. Katolicyzm stawał się symbolem polskości, wiara łączyła, a w warunkach zagrożenia w szczególności. Żyła jeszcze pamięć przemarszu Szwedów przez ziemie Rzeczpospolitej. Wszyscy wiedzieli, że to lutry, a zachowywali się gorzej od Tatarów. Można więc było kochać tylko swój  święty kościół katolicki, w którym ojczyźnie miłej błogosławił Jezus i Matka Boska. A w Barze działał cudotwórca, którym był ksiądz Marek, charyzmatyczny karmelita, wielki patriota i prorok. Podole zawsze było pełne duchów, zjawi niesamowitości, a ten karmelita był wprost brylantem. Musiał takim być , skoro Juliusz Słowacki napisało nim dzieło pod tytułem „Ksiądz Marek” i w liście do matki  wielki Juliusz wyznał, że to dzieło chciałby przeczytać samemu … Jezusowi Chrystusowi.

Ks. Marek Jandołowicz-Jandowicz urodził się we Lwowie w 1713 r; w wielkich dniach 1768 r. miał 55 lat, wiek w sam raz dla mocy fizycznych i duchowych. Mówiono, że potrafił ściągać pioruny. Ksiądz Marek był kaznodzieją i prorokiem, a prorok wszystko widzi trochę inaczej, czuje się bowiem posłańcem Boga i jest jakby z innego świata. Silna wiara pokona wszystko – mówił Ksiądz Marek. To nie oręż, nie szabla, czy pistolet, lecz wiara i krzyż zwyciężą. Nie żartował! Do zafascynowanych słuchaczy wołał: „Dziś się błąkacie i walczycie, aby zdobyć to, coście przez grzechy  wasze zgubili. Oby wam to było nauką, a waszym następcom przestrogą. Jeżeli dziś płyniecie na los szczęścia na kawałku belki, pochodzi to stąd, że z przyczyny waszych błędów wielki i stary okręt o skały się rozbił”. Wywoływał poczucie winy i pobudzał do zadośćuczynienia zdradzonej ojczyźnie.

W dalekim Barze wyrósł prorok, który zainspirował wszystkich naszych polskich wieszczów; Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego i Bóg wie jeszcze kogo. A Ksiądz Marek wygłaszając swoją sławną przepowiednię o przyszłości Polski tak ją zakończył: „ A ty, jak Feniks z popiołów powstaniesz , cnej Europy ozdobą się staniesz”. Do kogo on to mówił? Może do nas?  A może nie do nas? Przecież  minęło dopiero 250 lat! Nadchodził jednak  sprawdzian tych proroctw: 19 czerwca 1768 r. pod Bar podeszły wojska rosyjskie. Ksiądz Marek postąpił tak jak mówił: zrzucił obronę na Najświętszą Panienkę, wziął do ręki krzyż i poprowadził Konfederatów na szable i pistolety ruskich. Wynik był łatwy do przewidzenia: do tego nie trzeba proroka, wielu Konfederatów zginęło lub poszło na Sybir, a Księdza Marka wywieźli  kozacy do Kijowa, gdzie przez sześć lat, w ciemnicy więziennej, w jednym ubraniu, bez rozmowy
z kimkolwiek mógł zatopić się w swoich wizjach i myślach. I co? Kto tak naprawdę zwyciężył? Gdyby spojrzeć na to z dzisiejszej perspektywy? Czyż nie ten prorok i jego Konfederaci?  

            A tymczasem w Rzeczypospolitej, wytworzył się wielki zamęt. Król Stanisław August Poniatowski uważany był za kochanka carycy Katarzyny II, dla którego Rzeczpospolita nie była tym, czym była dla Konfederatów Barskich Oddziały wojsk królewskich poszły przeciwko Konfederatom razem z wojskiem rosyjskim. W kościele katolickim także nastąpiły podziały: biskup krakowski Kajetan Sołtyk był już od roku na zesłaniu, prymas Gabriel Podoski poparł króla, Biskup kamieniecki Adam Stanisław Krasiński był mózgiem Konfederacji Barskiej, Papież Klemens XIV ogłosił neutralność, a nuncjusz apostolski w Rzeczypospolitej Angelo Maria Durini sympatyzował z Konfederatami Barskimi. Tym, którzy chcą uważać Konfederację Barską za demonstrację fanatyzmu katolickiego powinno to wystarczyć do skorygowania swojego spojrzenia. Trzeba także przypomnieć, że w akcie Konfederacji Barskiej z 15 marca 1768 r.  zapisano, że  konfederat „żadnych gwałtów , rabunków między katolikami, żydami, lutrami ani osobiście, ani przez subordynowane osoby nie powinien czynić”. Warto w tym miejscu dorzucić jeszcze jedną cegiełkę: Konfederacja Barska zawarła 16 grudnia 1768 r. przymierze Polsko-Tatarsko-Tureckie. Muzułmańskie państwa Chanat Krymu i Turcja zobowiązywały się do niezawiązywania sojuszu z Rosją, aż przywrócona zostanie niepodległość Rzeczpospolitej. Proroctwa  fruwające po zaświatach nie wykluczały chłodnego racjonalnego działania. Konfederaci Barscy nie tęsknili za piękną klęską wieszczoną z niebios. Wierzyli w fizyczne zwycięstwo oręża. Walczyli przez cztery lata. Stanęło ich do walki blisko 100 tysięcy, stoczyli około 500 bitew i potyczek we wszystkich ziemiach Rzeczypospolitej. Zginęło około 60 tysięcy Konfederatów, około 14 tysięcy zabranych zostało na Sybir. Ostatecznie, pod koniec czteroletnich walk przeciwko Konfederatom były już trzy ościenne potęgi Rosja, Austria i Prusy. Polski Sarmata – przed zejściem ze sceny dziejów – obszedł  jako konfederat barski  wszystkie ziemie Rzeczypospolitej, pozostawił ślady i przesłanie, że trzeba być wiernym ojczyźnie i troszczyć się o państwo. Zaczęło się coraz częściej wymieniać słowo „Polska”. W roku 1772, po zakończeniu walk nastąpił I rozbiór Rzeczpospolitej. Konfederat Barski Józef Wybicki napisał „Jeszcze Polska nie zginęła” i napisał to proroczo: jego pieśń stała się  zawołaniem na przyszłość i hymnem narodowej nieśmiertelności.

kościół św. Anny w Barze

Kościół św. Anny w Barze

V. Dziedzictwo Konfederacji Barskiej

Jeden z najpiękniejszych tekstów o Konfederacji Barskiej wyszedł spod pióra Tomasza Merty. Ten znakomity historyk myśli politycznej – zginął w katastrofie samolotowej pod Smoleńskiem – zaznaczył główną tezę  w tytule swojej pracy: „Konfederacja Barska przełom w dziejach narodu polskiego”. Według Merty w Konfederacji Barskiej jak w soczewce widać polski sposób pojmowania polityki i działań publicznych. Bez Konfederacji Barskiej trudno zrozumieć  istotne cechy polskiej wspólnoty politycznej. Konfederacja Barska zaczęła mitologię polskich walk niepodległościowych. Docenili ją wieszczowie narodu polskiego. Adam Mickiewicz uważał, że Konfederacja Barska zainicjowała mesjanistyczny stan konfliktu pomiędzy misją wolnościową narodu polskiego a porządkiem politycznym Europy. W innym współczesnym spojrzeniu Konfederaci stanęli nie tylko wobec przeważających sił obcych, lecz także wobec własnego króla, który nie potrafił znaleźć drogi do ratowania państwa. Konfederacja była – pisze Merta – odpowiedzią  patriotycznych obywateli na zagrożenie państwa ze strony centrum tego państwa. Ten punkt widzenia Tomasza Merty zasługuje na uwagę. Można w nim dostrzec pewne odniesienia do sytuacji dzisiejszej, do tego co się wówczas wydarzyło i co się może wydarzać w przyszłości. Konfederacja Barska była pewnego rodzaju stanem wyjątkowym, który zmierzał do likwidacji państwa stworzonego przez wspólnotę narodową, ale nie do likwidacji samej wspólnoty. Chodzi o sprawdzenie i wzmocnienie własnych zdolności etycznych i obywatelskich, do przezwyciężania kryzysów. Dla Merty Konfederacja Barska daje asumpt do badania prawomocności władzy, a mianowicie: z czego wynika prawo decydowania części  narodu za całość. W Konfederacji Barskiej pojawia się po raz pierwszy w Polsce pytanie: czy samokonstytuujące się władze Konfederacji mogą być uznane za reprezentację narodu jako całej wspólnoty politycznej? To zjawisko – według Merty – wytworzyło się w Konfederacji Barskiej i potem powtarzało się  we wszystkich powstaniach narodowych i w „Solidarności”. Prawomocność „Solidarności” jako reprezentacji całej wspólnoty politycznej opierała się na tych samych przesłankach co w Konfederacji Barskiej. Merta wyraża przekonanie, że prawo decydowania części za całość wynika z aktywności tej części. Wspólnotę polityczną stanowią wszyscy, ale o jej losach mają prawo stanowić ci, którzy są aktywni w imię dobra wspólnego. Władza publiczna jest więc dla tych, którzy są aktywni i walczą, bierni są poza nawiasem, a wrogowie pod obuchem. Wielką zasługą Konfederacji Barskiej jest przełamanie bierności i uświadomienie narodu, że najważniejsze jest działanie, szczególnie wtedy, gdy bierność, obniżenie standardów moralnych i siła zła prowadzi do upadku. Generację Tomasza Merty zainspirowało to doświadczenie.

Kolejnym zagadnieniem, które zainteresowało Tomasza Mertę w doświadczeniach Konfederacji Barskiej jest manifestacyjność religijna Konfederacji. To również jest naszym doświadczeniem współczesnym. Patriotyzm i religia nieustannie się przenikają – pisze Merta. Świat niewidzialny jest tuż obok i dodaje otuchy. Wiara Konfederatów Barskich była ateologiczna. Dogmaty nie były ważne, lecz ważne było ich społeczne znaczenie, religia jest bowiem dobrem wspólnym, konsolidującym wspólnotę
i nadającą sens porządkowi społecznemu. Tomasz Merta zauważył także, że w Konfederacji Barskiej  ujawniły się pewne cechy psychologiczne w postawach Polaków, a zwłaszcza: impulsywność, lekkomyślny optymizm, skłonność do ulegania obcym autorytetom a nie swoim, nieumiejętność doboru przywódców
i naiwność w sprawach zagranicznych.

250 rocznica Konfederacji Barskiej przypadająca na rok 2018 staje się wielką okazją do przypomnienia jednej z najważniejszych lekcji naszego narodu, lepszego przyjrzenia się sobie i mądrego znajdowania nowych dróg.

IMG_4651

Zdjęcia: Jerzy Stemplewski

Reklamy